ARMENIA W OGNIU Dawno nie pisałem o Armenii i Azerbejdżanie, choć przecież wojn…

Podobne

Udostępnij


ARMENIA W OGNIU

Dawno nie pisałem o Armenii i Azerbejdżanie, choć przecież wojna w Górskim Karabachu, jaka wybuchła we wrześniu 2020 r. była jednym ze znaczących objawów wchodzenia świata w okres wielkiej transformacji, okres zmiany w kierunku posthegemonicznym, chyba postzachodnim i postliberalnym. Toczące tam procesy nadal można traktować jak pryzmat obserwacji tej transformacji.

Przegrana Ormian w tej wojnie nie wynikała tylko z przewagi technologicznej i materiałowej Azerbejdżanu, którą w masowej debacie rozpatrywano głównie przez pryzmat fetyszyzowanych Bayraktarów. Na polu przyczyn wewnętrznych wynikała też chyba z mniejszej mobilizacji w samej Armenii. Stawiam tutaj tę tezę dość ostrożnie, nie jestem bowiem specjalistą od tej wojny, ale odniosłem wrażenie, że Armenia i jej społeczeństwo nie było tak zdeterminowane do walki o Górski Karabach jak było w latach 1991-1994 r. Premier Nikoł Paszynian nie użył wszystkich sił jakie miał w dyspozycji dla obrony bliźniaczej, nieuznawanej republiki, od początku koncentrował się na tłumaczeniu porażek zaniedbaniami poprzedników, jakby przegrana już nastąpiła. Wydaje się również, że morale walczących i całego społeczeństwa, podzielonego ostro, spolaryzowanego wewnętrznie na zwolenników i przeciwników premiera, również nie było tak wysokie, jak ćwierć wieku wcześniej.

Drugą przyczynę wyznaczała regionalna i światowa równowaga sił, nie tylko stosunek sił Ormian wobec Azerbejdżanu. Ich główny formalny sojusznik – Rosja, który szykował się do konfrontacji z Zachodem, który już prowadził ją przez pośredników, broniąc w Syrii jej oficjalnych władz, zaczął nadawać wysoki priorytet relacjom z Turcją. W perspektywie wielkich gier, także turkijskie państwa Azji Środkowej są dla Moskwy ważne.

Nie należy jednak tracić z oczu i tego faktu, że Paszynian wkroczył do gabinetu rządowego niesiony falą ulicznej rewolucji, której na Zachodzie kibicowano, a którą na Kremlu widziano jako kolejną „kolorową rewolucję” mającą przygotowywać ekspansję wpływów USA, UE. Sam Paszynian szedł zresztą do władzy pod hasłami prozachodnimi i odsuwał od władzy polityków, którzy mieli relacje z Rosją i którzy pochodzili z elity politycznej Republiki Górskiego Karabachu.

Bez względu na przyczyny porażki Ormian, punktem dojścia stała się w zeszłym roku całkowita likwidacja nieuznawanego alter ego Armenii… która nie doprowadziła do odprężenie relacji z Azerbejdżanem. Jego żołnierze zaczęli naruszać już międzynarodowo uznane granice Armenii, na granicy dochodziło dość regularnie do strzelanin z ofiarami śmiertelnymi. Było tak w roku 2021 i w roku 2022. Niemal regularnie. Pod koniec 2023 r. siły Azerbejdżanu wprost okupowały skrawki terytorium Armenii o powierzchni około 200 km kwadratowych.
Azerbejdżan zaczął interpretować zawarte pod auspicjami Rosji porozumienie rozejmowe z listopada 2020 jako dające mu prawo do eksterytorialnej magistrali transportowej przez południową prowincję Armenii – Sjunik, do jego eksklawy – Nachiczewańskiej Republiki Autonomicznej. Z terenu tej ostatniej wywodzi się zresztą klan obecnego przywódcy Azerbejdżanu Ilhama Alijewa. Zanim jego ojciec, Hejdar został niekwestionowanym władcą kraju, uczynił swoją bazą właśnie region Nachiczewania, gdzie prowadził praktycznie niezależną od Baku politykę, także politykę zagraniczną.

Z końcem zeszłego i na początku bieżącego roku Alijew wygłaszał przemówienia, sugerujące, że sprawiedliwe i legalne są proklamowane granice Demokratycznej Republiki Azerbejdżanu – pierwszego państwa Azerbejdżan, jakie istniało w latach 1918-1920 – do zajęcia przez Armię Czerwoną. W czasie powstawania tego państwa i powstawania pierwszej Republik Armeńskiej ich narody toczyły krwawe walki, obfitujące wprost w rzezie ludności cywilnej, o obszary znacznie szersze niż Górski Karabach. Ówczesne aspiracje Baku sięgały około 40 proc. obecnego terytorium Armenii. Tracąc strategiczny górski bastion, w jakim była usadowiona nieuznawana siostrzana republika, Paszynian wybrał politykę ustępstw. Tak jak wcześniej zaaprobował bezwarunkową przynależność Górskiego Karabachu, tak obecnie stopniowo przystaje na delimitację granicy na warunkach Alijewa. 15 maja przedstawiciele Armenii zgodzili się na jej wyznaczenie w taki sposób, że zajmowane wcześniej przez Ormian cztery wsie z przyległościami (Baganis Ajrim, Askipara, Chejrimli, Gizilhajili – łącznie 6,5 km kwadratowych.) zostały uznane za suwerenne terytorium Azerbejdżanu. Terytorialnie to bardzo niewiele. Tyle, że ustępstwa te dotyczą mniej strategicznie wrażliwego dla Alijewa, północnego odcinka granicy. Czy na dalszych jego odcinkach, na rubieży Sjuniku pójdzie podobnie?

Paszynian wjechał w zasadzie na jednokierunkową ulicę prowadzącą do punktu, w którym się o tym przekona. Ja nie jestem pewny czy delimitacja pójdzie gładko. Nie tylko ja. Majowe ustępstwa terytorialne już wywołały gwałtowne protesty w stolicy, Erywaniu i innych częściach kraju. W dodatku 9 maja na ich czele stanął niespodziewanie nowy aktor – Bagrat Galstanian. To arcybiskup diecezji tawuskiej Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, na jej terytorium znajdowały się wsie oddane Azerbejdżanowi. Arcybiskup zainicjował ruch „Tawusz dla ojczyzny”, który otrzymał poparcie partii opozcyjnych. To postać nowa, nie skompromitowana, charyzmatyczna, potencjalnie groźniejsza niż opatrzeni już, a czasem zgrani politycy opozycyjni. Galstanian poprosił już nawet władze kościelne o zwolnienie go z obowiązków posługi, by mógł się zająć polityką, a wobec 30 tys. zwolenników, zgromadzonych 26 maja, wyraził wolę objęcia funkcji premiera tymczasowego rządu jedności narodowej. Co kilka dni wyprowadza ludzi na ulice. Tłum broni, go przed ujęciem przez policję, i ściera się z funkcjonariuszami, jak było 30 maja, gdy zwolennicy arcybiskupa próbowali oblegać siedzibę szefa rządu i dzień później, gdy próbowali wedrzeć się do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Paszynian w odpowiedzi wystrzelił pełną burtą. Posunął się do zaatakowania samego kościoła narodowego. W minimalnie ezopowej wypowiedzi sięgającej do jednego ze starożytnych królów Armenii z IV w. n.e., który popadł w konflikt z kościołem, Paszynian mówił, że tak jak wtedy biskupi współpracowali z cesarzami rzymskimi, tak i teraz służą obcym… w domyśle Rosji. Biorąc pod uwagę antyczny jeszcze, przedchalcedoński rodowód Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, w najstarszym chrześcijańskim państwie świata, to jaką rolę odgrywał w kształtowaniu tożsamości Ormian, to, że przez wieki zastępował im państwo jako podstawowa instytucja narodowa, nie uznaję retoryki Paszyniana za roztropnej.

Zarazem trzeba zauważyć, że obóz Paszyniana posiada zaplecze społeczne, jego obóz polityczny zdecydowanie wygrał wybory parlamentarne w 2021 r., czyli już po zdaniu jednej trzeciej Górskiego Karabachu, rozbrojeniu tamtejszych Ormian, ale jeszcze przed całkowitą likwidacją ich republiki i gremialną ucieczką z regionu. Istotna część społeczeństwa, choć dziś już pewnie mniejsza, opowiada się za polityką ustępstw, co jakoś koresponduje z uwagami jakie poczyniłem o wojnie roku 2020 r.

Paszynian odatkowo zaostrza polaryzację społeczno-polityczną niewielkiego przecież narodu, dotykając już najbardziej fundamentalnej płaszczyzny tożsamościowej, a na takiej, gdy idzie o symbole i wartości, trudno już o negocjacje, kompromisy, pojednanie, czy choćby odprężenie. Arcybiskup Galstanian też widzi stawkę w całości granic. Oczywiście taka polaryzacja gra tylko na korzyść wrogów Armenii.

Paszynian choć nie ogłosił formalnego opuszczenia animowanej przez Rosję Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zborowym (ODKB) praktycznie zawiesił funkcjonowanie państwa w tym sojuszu. Nie bardzo jednak widzę na kim może się wesprzeć znajdując się w obcęgach azerbejdżańsko-tureckich, w obliczu coraz bardziej zantagonizowanej Moskwy, a to ona ma bazy wojskowe w Armenii. Rosyjscy komentatorzy i środki masowego przekazu nie krygują się sugerować, że obecny premier prowadzi Armenię do upadku i w jego przypadku może w jakiś sposób pomóc opozycji.
Paszynian szuka wyjścia z matni orientując się na Zachód. Jego problemem jest to, że jak na razie uzyskał jedynie werbalną krytykę Azerbejdżanu płynącą z Waszyngtonu i dostawy uzbrojenia z Francji (w tym trzech radarów obrony powietrznej i rakiet ziemia-powietrze krótkiego zasięgu). Francja jest zresztą jedynym krajem europejskim energiczniej zabierającym głos w interesie Armenii, w czasie gdy większość państw Unii Europejskiej i ona sama zabiegają o współpracę z Azerbejdżanem z nadzieją rekompensowania sobie jego surowcami energetycznymi tanich surowców rosyjskich i otworzenia przezeń kaspijskiego dojścia do zasobnej w nie Azji Środkowej.

Sytuacja Armenii jest więc bardzo trudna. Ormianie zmarnowali ćwierćwiecze, nie potrafiąc zwiększyć własnej siły i odporności. Odcięli się od starego protektora, nie pozyskując nowego. Kluczowe sprawy orientacji bezpieczeństwa i geopolityczne, które oczywiście wymagają debaty, prowadzą ją jednak w stronę polaryzacji, zimnej wojny domowej. Na płaszczyźnie politycznej Azerbejdżan też jest silniejszy – zwycięska wojna zwiększyła tam konsolidację narodową zarządzaną przez restrykcyjny autorytarny system.
Przykład Armenii zdaje się pokazywać, że Zachód się na Kaukazie Południowym zbytnio nie liczy. Gra tam Rosja. Gra tam Turcja. W mniejszym stopniu także sąsiedni Iran i odległe Chiny. Zachód jest tam słabszy. Brak mu tam projekcji siły. Brak związków ekonomicznych, a jeśli jakieś posiada, to dość jednostronne, które dają silniejszą pozycję Azerbejdżanowi i Turcji. Zresztą potwierdzeniem tego są ruchy władz Gruzji, które uchwaliły ustawę o przejrzystości wpływów zagranicznych (de facto zachodnich) wbrew krytyce, a nawet groźbie sankcji USA i UE, a teraz szef gruzińskiego parlamentu przebąkuje o możliwości ograniczenia ekspresji agendy LGBT, co też będzie przecież wyzwaniem wobec Zachodu.

Ciekawa jest także polityka Rosji. De facto zaakceptowała ona wzrost wpływów Turcji kosztem wpływów własnych i kosztem żywotnych interesów własnego formalnego (choć pod władzą Paszyniana niepewnego) sojusznika. Wskazuje to, że jej polityka jest elastyczna i dość realistyczna. W narracji czołowych rosyjskich politologów jeszcze przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę, sugerowano, że sytuacja na jej terytorium oraz na Białorusi i w Kazachstanie jest dla Moskwy ważniejsza niż Armenia. Elity rosyjskie przyznają najwyższy priorytet konfrontacji z Zachodem, uważają go bowiem za zagrożenie egzystencjalne, skonsolidowany blok dążący nie tyle do wyparcia ich wpływów z peryferii, co podporządkowania Rosji i zmiany jej systemu społeczno-politycznego, przekształcenie kulturowe, co elity te rozpatrują jako swój koniec. W takiej sytuacji Rosjanie uznali, że nie mają sił na jednoczesne konfrontowania się z Turcją, Azerbejdżanem, z którymi sympatyzują i turkijskie państwa środkowoazjatyckie. Z Turcją Moskwa osiągnęła już kompromis w Syrii, akceptując bezpośrednią lub pośrednia niemałej części jej terytorium przez Ankarę, kosztem sojusznika – Baszara al-Asada. Mają nadzieję, że Erdogan będzie jej atutem w NATO i w jakiejś części te nadzieje się spełniają. Armenia w tej wielkiej perspektywie niknie.



Źródło

spot_img